J: co ty mialas z logiki?
U: nie miałam wcale logiki. ej, nie miec logiki to gorzej niż miec 2 na koniec, prawda?
czy lepiej?
no właśnie?
J: spowinowaconego. zobacz jakie długie słowo, jak mi wyszło!
U: brawo, jestem z ciebie dumna. a nie ma w nim błędu?
U: skąd znasz takie dlugie słowa?
J: słownik. logiczne, nie?
U: mówiłam, że nie miałam logiki.
J: "zacznij ogarniac
Prawie koniec historii o drucikach, powiedziałyśmy sobie z Panią doktor no to cześć i pa i Pani mnie pochwaliła, że byłam taka dzielna i systematyczna, a ja przyznałam się, że dzisiaj to już naprawdę chciałam nie przychodzić i uciec.
W gratisie mamy zimę, -10 stopni i białe wino.
U: Chciałabym pójść na taką złą imprezę..
M: obecnie wszędzie sa same złe imprezy
J: noo same!!!
U: nie nie, ale złą w sensie wiecie, z najgorszą muzyką w stylu hity taneczne
M: żaden problem
U: tak, tylko wolałabym whitney huston w lokalu gdzie nie będzie byłych więźniów.
TAK. to była aluzja to całej masy uroczych acz wyjętych z prl`u miejsc.
Obiad w wietnamskim barze i zamarzające palce od palenia papierosów.
A co zabawne, muszę przyznać, że bardzo lubię zapach smaru do nart. Że zapomniałam, że moje narty są takie ciężkie (pozdrawiam moje płytowe wiązania-które-musze-mieć-tato-ty-nic-nie-rozumiesz). Początkowo chciałam iść szukać swoich nart do piwinicy, zastanawiałam się gdzie są te cholerne klucze (przez ostatnie 15 lat może byłam tam z dwa razy, raz przez pomyłkę, raz szukając łyżew) ale moment, zastanowiłam się, czy ja z moją obsesją na punkcie MOJEGO UKOCHANEGO sprzetu narciarskiego pozwoliłabym wstawić moje ukochane narty do zimnego garażu? Musiałam się zastanowić naprawdę długo, gdzie mogłam ukryć narty w mieszkaniu, w taki sposób, żeby moja mama się nie zorinentowała, że totalnie zignorowałam jej nakaz wyniesienia sprzętu do garażu. Pewnie! znalazłam. stały, kochane moje ukryte pomiędzy piankami do nurkowania. A dlaczego swoich głupich pianek do nurkowania nie trzymają w garażu?! Buty znalazłam pod stertą kabli, pokrowców i starego casio.
Narazie są dwa głosy za przeprowadzką contra jeden mój mówiący mi, że tego nie chcę. O ile głos numer 1 nie zdziwił mnie wcale (Ula to wspaniale, nie zastanawiałabym się ani chwili!!) o ile drugi (Przyda Ci się troche samodzielności) raczej mnie nie wprowadził w wybitny nastrój. Samodzielności? serio? Co mi po samodzielnosci w pustym mieszkaniu!
U: na początku pomyślałam, że od razu zdobędę kota
M: ale..?
U: potem pomyślałam, że może po prostu Jeszka ze mną zamieszka,to bardziej ekonomiczne i nie nasika na moją kanapę.
J: dzięki.
rety!
"skoro o 5 rano mam wyjsc z psem, to przeciez mi sie nie opłaca wracac teraz do domu" poinformowała mnie moja mama, kiedy zadzwoniłam o 2 zapytać czy żyje. Bo słowo daje, myślałam, że odbierze ktoś na pogotowiu. Mamy z Gnieszką jeden komentarz: "that akward moment than..." i dalej, Twoja mama ma lepsze życie towarzyskie od ciebie, Twoja mama sie lepiej bawi od ciebie, Twoja mama jest i tak dalej i tak dalej
Tak, to śmieszne rzeczywiscie, kiedy rolę się odwracają i to ja zastanawiam się nad powiedzeniem "nie no fajnie, sie zastanawiałam tylko czy żyjesz" ale powstrzymałam się od wykładu. Chociaż kusi mnie, żeby powiedzieć "dom to nie hotel" ja wtedy zawsze odpowiadałam "oczywiscie, że nie hotel, w hotelu się śpi, a przeciez wróciłam rano", chciałabym usłyszeć jej rispote. Tylko, że ja wtedy byłam w klasie maturalnej!
Mam telefoniczną obsesje i patrze na swój telefon co jakieś 10 minut.
Dodatkowo jutro będzie masakryczna wizyta lekarska, na samą myśl robi mi się słabo, ale nie mogę tego wciąż przekładać. Dobrze, jestem przerażona. To znaczy wcale niedobrze. Ratunku?
Czy raz pojawiająca się niepewność zostaje już na zawsze?
Czy jak ktoś mówi, że czegoś JUŻ NIE MA, to rzeczywiście już nie ma czy może jednak gdzieś jest? Czy zachowanie ze sklepu "nie ma już białej czekolady z chrupakami, ale wie pani co sprawdze jeszcze na zapleczu" nie sprawdzi się przypadkiem w życiu? A czy ludzie mają też takie zaplecza? Mniejsza o to.
Patrzę na Mamę i się zachwycam, bo jest uśmiechnięta, radosna, taka... cała w jednym kawałku. Po prostu w całości.
Dzisiaj stał się cud i zakończyła się pewna epoka, bo pewien dziekanat dostał pewną pracę magisterską i w związku z tym wypijemy bardzo dużo, bardzo niezdrowego alkoholu. Bardzo fajnie. Bardzo się cieszę.
Co więcej dzisiaj poznałam swoje okrutne przeznaczenie, i okazało się 3 miesiące dla mnie oznaczają zupełnie coś innego niż dla innych. Boże, czyżbym nie słuchała w podstawówce jak uczyliśmy się liczyć? Bo coś mnie najwyraźniej ominęło.
Kończy się styczeń, składam więc choinkowe lampki. Zapaliłam dzisiaj sobie lampki na choince i muszę przyznać, że to bardzo ładnie wygląda. Szkoda, że nie zrobiłam tego trochę wcześniej. A to wszystko w ramach wielkich porzadków. Przy okazji porzadków wyrzucam trochę niepotrzebnych rzeczy, ze względu na moje dobre serce, postanowiłam dac sobie jeszcze jedną szansę i siebie póki co nie wyrzucam.
Za oknem pada śnieg o fakturze waty cukrowej, a ja coraz mocniej chce jechac na narty, bo dzisiaj nawet śniła mi się Madonna i fisowska trasa. Bardzo lubię ten moment kiedy stoję na samym poczatku trasy i widzę te wszystkie spadki, muldy i zupełnie fantastyczne przeszkody i w przeciągu kilku sekund tworzy mi się w głowie cały plan zjazdu, no albo przynajmniej pierwszych 5 skrętów.
Wierzę w ustalania i brak alternatywnego planu.
Słowo alternatywny to moje nowe słowo klucz na najbliższe dni. Piękne słowo. Sama bym na nie nie wpadła, a przecież literkę A mam już sa sobą, jeśli chodzi o słownik wyrazów obcych. (ach te nasze wewnętrzne żarty ze studiów, jednak zostają na długo w pamięci!)
Wiem, że nie wypada nie przyjść, więc z uporem staram się pomalować paznokcie nie marząc sobie bordowym lakierem całych rąk. Sukces, na 15 minut. Dopóki nie wbiłam sobie końcówki kolczyka w paznokieć i nie rozbabrałam całego lakieru. Dobra, będzie ciemno. Nie będzie widać. Mam nadzieję. Ok, ten lakier nigdy nie zamierza wyschnąc, chyba zrobie sobie tipsy z dżetami, będę miała święty spokój.
Wierzę w postanowienia.
W to co się mówi.
W to co się obiecuje.
To co ja mówię i co ja obiecuję. Nie można wymagać od innych jeśli samemu nie umie się dotrzymywać słowa.
podobno bez oczekiwań nie ma rozczarowan, chce mieć oczekiwania ale chcę, żeby to wszystko mnie zaskakiwało. Z dala od syndromu czasu przeszłego, alternatywnych planów, bzudr, wątpliwości, pretensji, pytań. Sama dla siebie. W 100%.
i chciałabym, aby spór o "wolnostojącą" był jedynym sporem, który będę musiała podstępnie rozwikłać.
Jeśli tak nie będzie, trudno.
dobra, te kolczyki mi nie pasują.
nie pasują do tego szlafroka.
8 minut - Gaba Kulka.
to. z kocem i truskawkami z piachem, bo takie są najlepsze.
Postępy część 1.
telefon, numer, wybieraj. O cholera.dzwoni. "cześć mówi Ula, możemy porozmawiać?" Bardzo oryginalnie.
"oddzwonię". spoko. oddzwoń.
Z tego co pamiętam zadzwoniłam po to, żeby poznać odpowiedź, bo czekanie mnie zabija. Jakiś głupi impuls w moim mózgu podpowiedział mi, że "po prostu zadzwoń" to najlepsze rozwiązanie. Nie, to nie było najlepsze rozwiązanie!!! Teraz będę musiała czekać aż oddzwoni, przynajmniej mam czas na wymyślenie niesamowitej historii.
tylko muszę pamiętać : nie ufać nikomu.
Nigdy nie lubiłam podejmować decyzji,a ostatnio podejmuje ich zdecydowanie za dużo jak dla mnie, wymaga ode mnie tego albo sytuacja albo sama od siebie tego wymagam. Teoretycznie wszystkie robię dla swojego dobra, pseudo dobra, chciałabym aby to dobro w najbliższym czasie okazało się realne. Póki co rozpoczynam dzień myślami o tym o czym nie chce, i kończe dzień czytaniem maila, którego naprawdę wolałabym nawet nie otwierać. Na kawie ze spokojem opowiadam o wszystkim, gdy to słyszę nie brzmi to wcale tak strasznie jak jest w rzeczywistości. A jednak jest. Ale zamykam oczy i zatapiam głowę w wannie i za wszelką cenę staram się skupić myśli na czymś innym. Przeskakuję do ottaviano san pietro, nie. to też złe miejsce. Zamykam oczy i kolejny raz zatapiam głowę, znowu obrazy, zupełnie nie takie jakie chciałabym widzieć. I tak zastanawiam się, co właściwie ja bym chciała zobaczyć. Co robić kiedy nie ma żadnego punktu zaczepiania o którym można swobodnie pomyśleć? Jakiś z pewnością jest, albo się pojawi. Czekam, a czekanie nie jest moją mocną stroną. szczególnie teraz, kiedy wiem, że czekania pozostały mi jeszcze dobre dwa tygodnie.
Zraniona do żywego (to takie emocjonalne uderzenie łokciem w kant ściany) staram się nie przewrócić na śniegu i obrywam śnieżką w plecy. Kiedy ostatnio była śnieżna wojna, nie pamiętam. Ale zamroziłam sobie palce i pozbyłam się całego zasobu zgromadzonych złych emocji. Śmiech jest jednak bardzo zdrowy, nawet na mokrej od śniegu twarzy. Wisła rzeczywiście nie zamarzła i jest tam zdecydowanie chłodniej niż w innych częściach warszawy. Byłoby miło gdyby śnieg utrzymał się jeszcze jakiś czas. Jest spacerowo cudownie.
Od jakiegoś czasu stosuję politykę jasnych komunikatów, niestety stwierdzam, że wyniki są takie same jak w przypadku "hm nieważne". To nic. Kto nie próbuje ten nie wie.